xvibe
No i stało się. Kolejny rok za nami. 2025. Brzmi futurystycznie, prawda? Jak tytuł taniego filmu sci-fi z lat 80., w którym wszyscy chodzą w srebrnych kombinezonach i jedzą tabletki zamiast schabowego. A tymczasem rzeczywistość okazała się, jak zwykle, rozczarowująco banalna, tylko z lepszą grafiką i droższym prądem.
Jeśli czytasz ten tekst, to znaczy, że przetrwałeś. Gratulacje. Możesz sobie przybić piątkę, albo lepiej – nalej sobie czegoś mocniejszego, bo przed nami podsumowanie roku w stylu Radio XVIBE. Bez pudru, bez korporacyjnego bełkotu o „wyzwaniach i szansach”, i bez udawania, że ten rok był czymś więcej niż tylko kolejnymi 365 dniami, które przybliżyły nas do emerytury (o ile ta w ogóle będzie istnieć).
W kategorii „RESET” zazwyczaj chodzi o nowe otwarcie. U nas „reset” oznacza raczej moment, kiedy komputer się zawiesza, a Ty masz ochotę wyrzucić go przez okno, ale przypominasz sobie, że jeszcze spłacasz za niego raty.

Pamiętacie, jak nam obiecywano, że w 2025 roku roboty będą za nas pracować, a my będziemy leżeć na hamaku i sączyć drinki z palemką? Cóż, okazało się, że sztuczna inteligencja owszem, rozwija się świetnie, ale głównie w kierunku generowania jeszcze większej ilości spamu, tworzenia deepfake’ów twojego szefa i sugerowania ci reklam maści na hemoroidy, zanim jeszcze pomyślisz, że cię coś swędzi.
Mieliśmy mieć latające samochody, a mamy inteligentne lodówki, które zawieszają się podczas zamawiania mleka i autonomiczne odkurzacze, które z uporem maniaka próbują popełnić samobójstwo na schodach. AI w 2025 roku jest jak ten kolega z liceum, który zawsze „miał genialny biznesplan”, a kończył pożyczając od ciebie dwie stówy. Niby mądre to, niby szybkie, a ostatecznie i tak musisz po tym poprawiać.
My, pokolenie X, które pamięta czasy, gdy „zaawansowana technologia” oznaczała magnetowid z funkcją auto-rewind, patrzymy na to wszystko z naszym firmowym grymasem politowania. Przetrwaliśmy Y2K, przetrwamy też Chatbota, który próbuje nas przekonać, że Nirvana to „zespół vintage”.
Rok 2025 to kolejny rok, w którym tkwimy w tym cudownym pokoleniowym ścisku. Z jednej strony Boomerzy, którzy wciąż nie potrafią wysłać załącznika w mailu, ale doskonale wiedzą, jak zrujnować rynek nieruchomości i narzekać na „roszczeniową młodzież”. Z drugiej strony Zetki i Alfy, dla których dwuminutowy filmik na TikToku to dokumentalna epopeja, a brak zasięgu WiFi traktują jak naruszenie praw człowieka.
A my? My jesteśmy pośrodku. Zbyt starzy na bycie „cool influencerem”, zbyt młodzi na emeryturę i oglądanie „Familiady” bez ironii. Jesteśmy pokoleniem, które pamięta świat analogowy, ale musiało nauczyć się żyć w cyfrowym ścieku. W 2025 roku nasza rola sprowadzała się głównie do przewracania oczami, gdy młodszy kolega z pracy tłumaczył nam, czym jest „skibidi toilet”, a starszy pytał, jak się drukuje PDF-a.
Nasze „whatever” nigdy nie brzmiało bardziej szczerze niż w tym roku.
W 2025 roku wielu z nas boleśnie odczuło, że PESEL to nie jest tylko ciąg cyfr. To wyrok. Nagle okazuje się, że płyty, które kupowaliśmy jako nowości, obchodzą 30-lecie wydania. Kiedy słyszysz w radiu „Smells Like Teen Spirit” zapowiadane jako „klasyk rocka”, coś w tobie umiera.
Twoje ciało też postanowiło w tym roku zrobić własny „reset”, ale nie taki, o jakim marzyłeś. To raczej reset ustawień fabrycznych twoich stawów. Wstajesz rano i wydajesz dźwięki jak stara wersalka. Idziesz do lekarza, a on mówi ci, że „w tym wieku to normalne”. W jakim wieku?! Przecież w środku nadal masz 25 lat i glany w szafie.
Kryzys wieku średniego w 2025 roku to nie kupowanie czerwonego Porsche (kogo na to stać przy tych cenach paliwa i ubezpieczeń?). To kupowanie drogiego materaca ortopedycznego i suplementów na pamięć, żeby nie zapomnieć, gdzie się położyło okulary do czytania.
Nie możemy zapomnieć o korporacyjnej rzeczywistości roku 2025. Firmy prześcigały się w dbałości o nasz „dobrostan”. Wprowadzono obowiązkowe sesje mindfulness, owocowe środy zamieniono na „jarmużowe czwartki”, a HR wysyłał nam maile o tym, jak ważne jest „zachowanie balansu” o 21:30.
Ten cały korporacyjny „wellness” to nic innego jak próba pudrowania trupa. Każdy z nas, wychowany na cynizmie lat 90., wie, że jedyny prawdziwy wellness to wyjście z biura o 17:00, wyłączenie telefonu służbowego i puszczenie sobie głośno muzyki, która wkurza sąsiadów. W 2025 roku nasza tolerancja na „korpomowę” i udawany entuzjazm osiągnęła poziom ujemny. Jeśli jeszcze raz usłyszymy o „wychodzeniu ze strefy komfortu” albo „owocnej współpracy”, ktoś może ucierpieć.

Jaki więc był ten 2025? Był. I to chyba jedyne dobre, co można o nim powiedzieć. Był kolejnym rokiem, w którym świat próbował nas przekonać, że zmierza w jakimś sensownym kierunku, a my, z naszym wrodzonym dystansem, wiedzieliśmy, że to tylko kolejna ściema.
Nie będziemy tu robić żadnych wielkich postanowień noworocznych na 2026. Wiemy, że i tak ich nie dotrzymamy, podobnie jak nie zaczęliśmy biegać w 2024, 2023 i 2010. Nasz plan na przyszły rok jest prosty: przetrwać, nie dać się zwariować, unikać ludzi, którzy używają słowa „sztos” nieironicznie i słuchać dobrej muzyki.
Bo ostatecznie, gdy świat wokół płonie (czasem dosłownie, czasem metaforycznie), jedyne co nam pozostaje, to podkręcić głośność w Radiu XVIBE i udawać, że wszystko jest w porządku. Albo przynajmniej, że mamy to gdzieś.
Do siego roku. Albo nie. Whatever.
Napisane przez: xvibe
06:00 - 18:00