xvibe
W 1999 roku polski rock miał już za sobą pierwszą falę transformacyjnego entuzjazmu. Zespoły, które wcześniej grały w klubach, zaczęły trafiać do telewizji, a kasety z nadrukiem dużej wytwórni przestały pachnieć podejrzanie. W tym całym zamieszaniu Myslovitz wydał album „Miłość w czasach popkultury”. Tytuł brzmiał jak komentarz do epoki, w której człowiek mógł jednocześnie marzyć o prawdziwym uczuciu i oglądać reklamy proszku do prania między teledyskami.
To była czwarta płyta zespołu z Mysłowic. Grupa miała już własną historię, własny język i publiczność, ale dopiero ten album otworzył drzwi do znacznie większej skali. Nie przez efektowny skandal, nie przez wywiad o rozbijaniu hotelowych pokoi. Myslovitz zrobił coś mniej widowiskowego: napisał piosenki, w których można było rozpoznać własne życie.
Myslovitz powstał na początku lat 90. w Mysłowicach. Nazwa od początku sugerowała zakorzenienie w lokalnym krajobrazie, ale muzyczne inspiracje zespołu wychodziły daleko poza Śląsk. Były tam brytyjskie gitary, alternatywny rock, popowa melodyjność i charakterystyczna dla Artura Rojka umiejętność śpiewania tak, jakby każde zdanie zostało znalezione w starej szufladzie z rachunkami.
Na wcześniejszych płytach grupa szukała swojej formy. „Miłość w czasach popkultury” nie była już próbą sprawdzenia, czy zespół umie grać. Była decyzją, że nie trzeba wybierać między gitarowym charakterem a piosenką, którą zapamięta człowiek jadący autobusem do pracy. To połączenie w polskich warunkach nadal bywało podejrzane. Jeśli coś miało melodię, krytycy potrafili podejrzewać zdradę ideałów. Jeśli miało hałas, radio udawało, że nie zna numeru telefonu do zespołu.
Największym utworem z płyty stała się „Długość dźwięku samotności”. Sam tytuł był wystarczająco poetycki, żeby nie nadawał się do korporacyjnej prezentacji, a jednocześnie wystarczająco prosty, żeby został w głowie po pierwszym przesłuchaniu. Piosenka nie opowiadała o samotności jak o wielkim romantycznym kostiumie. Była raczej zapisem stanu, który zna każdy, kto wrócił do pustego mieszkania, włączył wieżę i przez chwilę udawał, że muzyka rozwiązuje problem.
Wokal Rojka nie był popisowy. I bardzo dobrze. Nie dostawaliśmy człowieka, który chce wygrać konkurs na najdłuższą nutę, tylko kogoś, kto mówi z odpowiedniego dystansu. Dzięki temu tekst nie zamieniał się w pomnik cierpienia. Był blisko, ale nie właził słuchaczowi na kolana z poradnikiem emocjonalnym.
Na albumie znalazły się także utwory „My”, „Alexander” i „Chłopcy”. Każdy miał własny ciężar, ale razem budowały spójną opowieść o dorastaniu, relacjach, zagubieniu i próbie znalezienia własnego miejsca w świecie, który coraz szybciej sprzedawał gotowe tożsamości. Jeszcze nie było mediów społecznościowych, więc człowiek musiał sam kupić gazetę, żeby dowiedzieć się, że powinien być kimś innym.
„Miłość w czasach popkultury” trafiła na moment, w którym publiczność była gotowa na rock mniej napuszony i bardziej osobisty. Po latach wielkich haseł, ciężkich riffów oraz tekstów brzmiących jak przemówienie na akademii, Myslovitz zaproponował emocje bez megafonu. To nie był album dla tych, którzy potrzebowali, żeby gitarzysta zniszczył wzmacniacz na oczach publiczności. To była płyta dla ludzi, którzy wracali z koncertu ostatnim autobusem i nadal mieli w głowie refren.
Znaczenie miała też produkcja i aranżacje. Utwory nie zostały oblepione zbędnymi ozdobnikami. Gitary miały przestrzeń, melodie pozostawały czytelne, a melancholia nie ginęła pod warstwą studyjnego lakieru. Brzmienie było wystarczająco rockowe, żeby zachować wiarygodność, i wystarczająco komunikatywne, żeby radio nie musiało tłumaczyć słuchaczom, co właśnie usłyszeli.
To właśnie ta równowaga zrobiła różnicę. Myslovitz nie udawał zespołu z Manchesteru, choć brytyjskie wpływy były słyszalne. Nie próbował też grać pod stary polski rock, jakby rok 1984 trwał w nieskończoność i ktoś zapomniał wyłączyć magnetofon szpulowy. Grupa stworzyła własny język: miękki, gitarowy, smutny, ale nie pozbawiony melodii.
Dla słuchaczy końca lat 90. album żył w kilku formatach. Można było kupić kompakt, pożyczyć go od znajomego albo nagrać kasetę, najlepiej na porządnym nośniku, bo na taniej taśmie szumy potrafiły dostać własną zwrotkę. „Długość dźwięku samotności” brzmiała z wieży w pokoju, z samochodowego radia i ze słuchawek podłączonych do walkmana, który pożerał baterie szybciej niż dzisiejsze aplikacje zjadają pakiet danych.
Album pokazał, że polska scena alternatywna może wejść do głównego obiegu bez utraty charakteru. To nie znaczy, że od razu każdy problem rynku muzycznego zniknął. Nie zniknął. Wytwórnie nadal chciały hitów, telewizja nadal lubiła skrócone wersje, a artyści nadal musieli tłumaczyć, że smutek nie jest chorobą ani strategią marketingową. Myslovitz udowodnił jednak, że piosenka z gitarą i nieoczywistym tekstem może dotrzeć do szerokiej publiczności.
Po latach album pozostał jednym z najważniejszych dokumentów polskiego rocka przełomu dekad. Nie dlatego, że brzmi jak muzealny eksponat. Przeciwnie: jego siła tkwi w tym, że nie próbuje na siłę udawać młodości. Jest płytą o emocjach, które nie potrzebują nowej aplikacji ani aktualizacji systemu.
Myslovitz pokazał wtedy, że popularność nie musi oznaczać kapitulacji. Można trafić do radia, nie pisząc tekstów z instrukcją obsługi. Można stworzyć przebój, który nie obraża inteligencji słuchacza. Można też nagrać album o samotności i sprawić, że tysiące ludzi poczują się mniej samotne, choć przecież siedzą osobno, każdy przy własnej wieży, kasecie albo płycie kompaktowej.
„Miłość w czasach popkultury” nie obiecywała, że wszystko będzie dobrze. I dlatego tak dobrze wytrzymała próbę czasu. Zamiast sprzedawać pocieszenie w plastikowym opakowaniu, dała słuchaczom kilka melodii, do których można było wracać wtedy, gdy świat znów robił z człowieka klienta, numer PESEL albo odbiorcę reklamy. Czasem to wystarczy. Zwłaszcza gdy refren pamiętasz lepiej niż hasło do banku.
Włącz Radio XVIBE i wróć do muzyki, która nie udaje terapii, tylko zna drogę do starej kasety i słuchawek. Resztę znajdziesz na xvibe.pl.
Napisane przez: Natan
06:00 - 18:00