xvibe
W 1997 roku muzyka elektroniczna miała już swoje gwiazdy, ale wciąż traktowano ją trochę jak kuzyna zaproszonego na rodzinne wesele tylko dlatego, że zna DJ-a. The Prodigy nie zamierzało grzecznie stać pod ścianą. Album The Fat of the Land wyszedł 30 czerwca 1997 roku nakładem XL Recordings i od pierwszych sekund brzmiał tak, jakby rave właśnie odkrył punk, metal oraz bardzo zły humor.
To nie była płyta do eleganckiego kiwania głową przy designerskim gramofonie. To był album do słuchania głośno, najlepiej wtedy, gdy sąsiad wiercił w ścianie, a ty miałeś jeszcze kasetę z nagraniem z Radia Kolor i poczucie, że kultura właśnie wymyka się dorosłym z rąk.
The Prodigy powstało w Braintree w Essex, a jego muzyczny mózg stanowił Liam Howlett. To on budował utwory z sampli, automatów perkusyjnych, syntezatorów i brudnych przesterów. Keith Flint oraz Maxim byli frontmanami, ale Howlett odpowiadał za konstrukcję całej maszynerii. Nie chodziło o tradycyjny zespół rockowy, w którym czterech panów patrzy na siebie podczas solówki. Tu centrum stanowiło studio, a scena była miejscem, gdzie gotowy materiał dostawał dodatkowe życie, pot i wrzask.
Po wcześniejszych sukcesach, między innymi albumie Music for the Jilted Generation, Howlett wiedział, że sama klubowa energia już nie wystarczy. Nowa płyta miała być większa, cięższa i bardziej bezczelna. Zamiast polerować brzmienie, zespół celowo zostawił w nim tarcie: przesterowane bębny, agresywne syntezatory, krzykliwe wokale i rytmy, które nie zachowywały się jak posłuszne produkty z półki „łatwe do sklasyfikowania”.
Pierwszy singiel z albumu, Firestarter, ukazał się w marcu 1996 roku. Utwór był ważny nie tylko dlatego, że zdobył pierwsze miejsce brytyjskiej listy przebojów. Zmienił też układ sił wewnątrz samego zespołu. Keith Flint, wcześniej kojarzony głównie z tańcem i sceniczną energią, przejął mikrofon. Jego skrzekliwy wokal, kolczyki, charakterystyczna fryzura i spojrzenie człowieka, który właśnie odkrył, gdzie trzyma się wyłącznik prądu, stały się twarzą The Prodigy.
Teledysk wyreżyserował Walter Stern. Czarno-białe obrazy, industrialna przestrzeń i Flint poruszający się jak nawiedzony punkowiec zrobiły swoje. MTV dostało materiał, którego nie dało się pomylić z kolejnym schludnym klipem popowym. Dla części widzów był to czysty magnetyzm, dla innych dowód, że młodzież znowu urządza hałas bez pozwolenia. Czyli reklama idealna.
Drugim wielkim momentem albumu był Breathe, wydany w listopadzie 1996 roku. Flint i Maxim prowadzili w nim coś w rodzaju rapowanej przepychanki nad ciężkim, poszarpanym beatem. Howlett zbudował utwór na napięciu: rytm nie płynie, tylko naciska. Syntezator nie ozdabia, lecz atakuje. Wokal nie zaprasza do wspólnej zabawy, tylko sprawdza, czy masz odwagę zostać w pomieszczeniu.
Właśnie tu najlepiej słychać decyzję twórczą stojącą za całym albumem. The Prodigy nie próbowało udowodnić, że muzyka taneczna może być subtelna. Mogła być brutalna, fizyczna i równie stadionowa jak rock. Różnica polegała na tym, że gitarowe riffy zastąpiły sample i syntezatory, a perkusistą został automat, który najwyraźniej nie znał pojęcia „zwolnij trochę”.
Na The Fat of the Land znalazł się także utwór Smack My Bitch Up, którego tytuł i tekst wywołały protesty. Krytycy wskazywali na mizoginiczny język, a część stacji radiowych ograniczała emisję piosenki. Te kontrowersje nie były przypadkowym efektem ubocznym. The Prodigy grało w tamtym czasie rolę zespołu, który chciał potrząsnąć odbiorcą, ale prowokacja nie zawsze starzeje się tak dobrze jak bas.
Teledysk, wyreżyserowany przez Jonasa Åkerlunda, pokazywał noc z perspektywy pierwszej osoby: alkohol, narkotyki, przemoc i seksualne eskapady. Dopiero finał ujawniał, że bohaterem jest kobieta. Pomysł miał odwrócić oczekiwania widza, lecz nie unieważnił dyskusji o przemocy i uprzedmiotowieniu. Muzyka była tu skuteczna aż za bardzo: agresywny beat i montaż wciągały odbiorcę w doświadczenie, z którego nie dało się wyjść z czystymi rękami.
The Fat of the Land dotarł na pierwsze miejsce brytyjskiej listy albumów i odniósł sukces także w Stanach Zjednoczonych. Nie stało się tak dlatego, że nagle cały świat zrozumiał język breakbeatu. Zadziałał prostszy mechanizm: album miał melodie, powtarzalne hasła i rytm wystarczająco potężny, by porwać tłum, ale jednocześnie zachowywał klubową nerwowość.
To była muzyka dla ludzi, którzy znali rave z nielegalnych imprez, oraz dla tych, którzy zobaczyli The Prodigy dopiero w telewizji między reklamą proszku do prania a kolejnym boysbandem. Płyta nie wymagała instrukcji obsługi. Można było nie wiedzieć, czym jest breakbeat, i nadal poczuć, że coś właśnie kopnęło drzwi.
Wydanie albumu zbiegło się z okresem, w którym granice między rockiem, hip-hopem i elektroniką coraz szybciej się rozpuszczały. The Prodigy nie było jedynym zespołem mieszającym gatunki, ale należało do tych, które zrobiły to z największą siłą i najbardziej wyrazistym obrazem. The Fat of the Land brzmiało jak soundtrack do epoki MTV, kaset VHS i nocnych programów muzycznych, w których prowadzący jeszcze potrafił powiedzieć coś więcej niż „zostańcie z nami”.
Dla słuchaczy album był dowodem, że muzyka elektroniczna nie musi wybierać między klubem a stadionem. Może mieć konstrukcję taneczną, ciężar rocka i popową skuteczność, a przy tym zachować brud. To właśnie ten brud zrobił karierę. Bez niego płyta byłaby tylko kolejnym sprawnie wyprodukowanym sukcesem. Z nim stała się znakiem czasu.
The Prodigy nie „zniszczyło” rocka ani nie wymyśliło elektronicznej agresji od zera. Zrobiło coś bardziej konkretnego: pokazało wielkiej publiczności, że sampler może być tak samo bezczelny jak gitara, a rytm z automatu potrafi prowadzić koncert lepiej niż niejeden perkusista z ego większym od zestawu.
Dziś The Fat of the Land pozostaje albumem nierównym w sensie emocjonalnym, celowo przesadzonym i momentami problematycznym. Dzięki temu nie brzmi jak muzealny eksponat. Nadal ma w sobie energię kogoś, kto wszedł do eleganckiego lokalu w ciężkich butach i zapytał, kto tu właściwie ustala zasady. W 1997 roku odpowiedź była prosta: tym razem zasady ustalał beat.
Włącz Radio XVIBE przez xvibe.pl i wróć do czasów, gdy muzyka elektroniczna nie prosiła o miejsce przy stole, tylko przewracała stół razem z mikserem.
Napisane przez: Natan
23:00 - 00:00