Przegląd Absurdów

Korporacyjny bełkot kontra zdrowy rozsądek: wojna z Teamsami, Jirą i mindfulness

today2026-08-23 1

Tło
share close

Korporacyjny bełkot, czyli jak zgubić sens w czternastu spotkaniach

Mam czterdzieści kilka lat i pamiętam czasy, kiedy sprawę załatwiało się rozmową. Człowiek podchodził do biurka, mówił: „Słuchaj, to nie działa”, druga osoba odpowiadała: „Rzeczywiście, poprawię”, i można było wrócić do pracy. Bez zaproszenia na Teamsie, bez kolorowych karteczek i bez facylitatora, który przez 45 minut pomagał zespołowi odkryć, że problem istnieje.

Dziś wszystko jest bardziej dojrzałe, inkluzywne i procesowe. Czyli skomplikowane jak instrukcja obsługi drukarki, tylko mniej pożyteczne. Jeśli coś nie działa, organizujemy spotkanie diagnostyczne. Potem pre-meeting do spotkania diagnostycznego. Następnie warsztat asynchroniczny, podczas którego każdy ma nagrać trzyminutową refleksję o przeszkodach. Na końcu odbywa się retrospektywa, żeby omówić, dlaczego nie udało się odbyć spotkania podsumowującego.

Mindfulness zamiast odpowiedzialności

Największym odkryciem współczesnego biura jest mindfulness. Nie chodzi oczywiście o zwykłe uspokojenie człowieka, który od rana gasi pożary. Chodzi o to, żeby przed kolejnym chaotycznym spotkaniem zaprosić go na asynchroniczne ćwiczenie uważności. W specjalnym formularzu zaznaczy, jak się czuje, wybierze emotikon i opisze, co jego ciało mówi o aktualnym backlogu.

Moje ciało mówi zwykle: „Zamknij laptop i zadzwoń do człowieka”. Ale to najwyraźniej zbyt bezpośrednie. W korporacyjnym świecie emocje trzeba najpierw opisać w frameworku, zatwierdzić przez HR i zamienić w mierzalny insight. Dopiero wtedy można uznać, że ktoś ma problem.

Nie rozwiązujemy problemów. Tworzymy bezpieczną przestrzeń do omawiania faktu, że problemy nie zostały rozwiązane.

Agile coaching, czyli sprint do nikąd

Agile coaching miał przynieść elastyczność. Przyniósł za to kalendarz pełen ceremonii. Daily, planning, refinement, review, retro i jeszcze spotkanie ad hoc, podczas którego zespół zastanawia się, czy naprawdę potrzebuje tylu spotkań. Każde ma nazwę po angielsku, bo zwykłe „pogadajmy o robocie” najwyraźniej nie wygląda dobrze w prezentacji dla zarządu.

W Jirze wszystko ma status. Zadanie może być „w toku”, „zablokowane”, „oczekujące”, „gotowe do rozpoczęcia” albo „wymagające doprecyzowania”. Brakuje tylko statusu „ktoś powinien wreszcie powiedzieć, o co chodzi”. Tablica świeci kolorami jak automat do gry, a produktywność mierzy się liczbą przesuniętych kart. Człowiek patrzy na ekran i widzi postęp. Klient patrzy na produkt i widzi brak produktu.

Jedna szczera rozmowa jest dziś ryzykiem

Najbardziej podejrzana w korporacji jest prostota. Jeśli ktoś mówi jasno, czego potrzebuje, natychmiast pojawia się pytanie o kontekst, interesariuszy i mapę empatii. Szczerość trzeba rozbroić, opakować w miękkie słowa i przesłać do akceptacji. „To jest źle zrobione” staje się „widzę przestrzeń do iteracyjnego usprawnienia”. „Nie mam czasu” zmienia się w „potrzebuję lepszego priorytetyzowania zasobów”.

A przecież czasem problem nie wymaga procesu. Wymaga telefonu. Czasem nie potrzebujemy warsztatu o dobrostanie, tylko człowieka, który przestanie dorzucać zadania na wczoraj. I czasem najlepszą strategią jest powiedzieć: „Nie wiemy”. To zdanie ma jednak fatalny wpływ na kwartalne raporty i dlatego zostało niemal całkowicie wycofane z obiegu.

Nie jestem przeciwnikiem narzędzi. Jestem przeciwnikiem sytuacji, w której narzędzie udaje pracę, spotkanie udaje decyzję, a coaching udaje odpowiedzialność. Jeśli do ustalenia jednej rzeczy potrzebujemy czternastu ekranów, trzech moderatorów i ćwiczenia oddechowego, to może nie mamy problemu z komunikacją. Może po prostu nikt nie chce powiedzieć prawdy.

Masz dosc belkotu? Wlacz Radio XVIBE na zywo na xvibe.pl i graj z nami to, co chcesz.

Napisane przez: Natan

Oceń