xvibe
W 1997 roku The Verve wypuściło utwór, który brzmiał jak spacer przez Londyn po nieprzespanej nocy. Smyczki niosły się szeroko, rytm maszerował bez pytania o zgodę, a Richard Ashcroft śpiewał o próbie wyrwania się z życia, które przypominało źle napisany regulamin. Bitter Sweet Symphony było jednocześnie podniosłe, ponure i bardzo radiowe. Czyli dokładnie takie, jakie końcówka lat 90. lubiła najbardziej.
Utwór trafił na album Urban Hymns i błyskawicznie stał się największym przebojem The Verve. Problem polegał na tym, że jego najbardziej rozpoznawalny element nie został wymyślony od zera. To nie była zwykła inspiracja ani mrugnięcie okiem do starszej muzyki. To był fragment aranżacji utworu The Last Time, nagranego przez Andrew Looga Oldhama Orchestra i powiązanego z kompozycją The Rolling Stones.
Historia zaczęła się od pomysłu Nicka McCabe’a, gitarzysty The Verve. Zespół pracował nad materiałem, który miał być większy i bardziej otwarty niż wcześniejsze, psychodeliczne nagrania grupy. McCabe chciał wykorzystać smyczkowy fragment z orkiestrowej wersji The Last Time. Nie chodziło o prostą kopię całego utworu. The Verve potrzebowało krótkiej frazy, która mogłaby powtarzać się jak nerwowy oddech.
W studiu doszły do tego partie gitar, bas, perkusja i głos Ashcrofta. Smyczki nie były już starą orkiestrą z nagrania. Stały się szkieletem nowej kompozycji. Producent John Leckie pomógł nadać całości szerokie, niemal filmowe brzmienie. Utwór miał w sobie coś z hymnu, ale nie tego stadionowego, z podnoszeniem rąk na komendę. Bardziej przypominał człowieka, który idzie przed siebie, choć nie ma pojęcia, dokąd.
Wytwórnia uznała jednak, że wykorzystanie fragmentu wymaga zgody właścicieli praw. The Verve dostało pozwolenie na użycie sampla, ale pod warunkiem, że nie będzie to główny element utworu. W praktyce właśnie smyczkowy motyw stał się sercem Bitter Sweet Symphony. Jak to zwykle bywa w branży, dopóki piosenka była eksperymentem, wszyscy byli spokojni. Kiedy zaczęła zarabiać, nagle znalazło się mnóstwo osób z bardzo precyzyjną pamięcią do dokumentów.
Bitter Sweet Symphony stało się międzynarodowym hitem. W Wielkiej Brytanii dotarło do drugiego miejsca listy singli, a w Stanach Zjednoczonych również odniosło ogromny sukces. Utwór pojawiał się w radiu, telewizji, reklamach i na ścieżkach dźwiękowych. The Verve z zespołu cenionego przez fanów alternatywy przeskoczyło do pierwszej ligi. Richard Ashcroft dostał status człowieka, który wygląda, jakby właśnie wyszedł z próby, a mimo to prowadzi pół świata.
Wtedy do gry wkroczyli przedstawiciele The Rolling Stones i Andrew Looga Oldhama. Uznali, że Bitter Sweet Symphony wykorzystuje zbyt dużą część chronionej aranżacji. Sprawa zakończyła się ugodą, na mocy której prawa do utworu przypisano Mickowi Jaggerowi i Keithowi Richardsowi, a także Oldhamowi. Richard Ashcroft nie otrzymywał tantiem z kompozycji. W dokumentach figurował jako autor, ale finansowo wyglądało to tak, jakby napisał piosenkę o własnym sukcesie i zapomniał zostawić sobie portfel.
To był jeden z najbardziej gorzkich paradoksów brytyjskiego rocka lat 90. The Verve stworzyło nową piosenkę, dopisało tekst, nagrało wokale, zbudowało aranżację i wypromowało utwór na całym świecie. A jednak najbardziej dochodowy element historii został oddany komuś innemu. Sampling, który miał być twórczym narzędziem, zamienił się w lekcję z prawa własności. Bez tablicy, bez prezentacji PowerPointa i bez człowieka mówiącego, że wszyscy jesteśmy jedną drużyną.
Do sukcesu utworu przyczynił się również teledysk wyreżyserowany przez Waltera A. Sterna. Richard Ashcroft idzie w nim prosto przed siebie, nie omija ludzi, nie przeprasza i nie zwalnia. Potrąca przechodniów, wchodzi komuś w drogę, przechodzi przez ruchliwe ulice. Nie wygląda jak gwiazda popu. Bardziej jak facet, który spóźnił się na autobus, ale postanowił już nie wracać.
Teledysk świetnie pasował do muzyki. Powtarzalny rytm smyczków tworzył wrażenie nieustannego ruchu, a obraz zamieniał piosenkę w prostą przypowieść o jednostce przepychającej się przez tłum. To nie był luksusowy świat limuzyn i białych garniturów. Był chodnik, tłok, przypadkowe twarze i Ashcroft idący tak, jakby miał do załatwienia najważniejszą sprawę w mieście. MTV dostało materiał idealny: łatwy do zapamiętania, trochę bezczelny i wystarczająco melancholijny, żeby każdy mógł dopisać do niego własne problemy.
Siła utworu nie polegała wyłącznie na smyczkach. The Verve połączyło klasyczny, niemal elegancki motyw z gitarami, które nie były ani czystym rockiem, ani britpopową dekoracją. Produkcja zostawiła miejsce na oddech, ale jednocześnie wszystko pchało piosenkę do przodu. Głos Ashcrofta był zmęczony, lecz nie bezradny. Śpiewał o tym, że życie potrafi przygnieść, ale człowiek nadal próbuje znaleźć własny kierunek.
Właśnie dlatego utwór trafił do tak różnych ludzi. Dla jednych był stadionowym hymnem. Dla innych eleganckim numerem do jazdy samochodem nocą. Jeszcze inni słyszeli w nim soundtrack do pierwszej pracy, pierwszego kredytu albo pierwszego momentu, kiedy człowiek odkrywa, że dorosłość nie przychodzi z instrukcją obsługi. Kaseta w walkmanie nie rozwiązywała problemów, ale przynajmniej pozwalała nadać im rytm.
Przez lata Richard Ashcroft mówił o sytuacji z goryczą. Bitter Sweet Symphony przyniosło mu rozpoznawalność, lecz nie przyniosło pełnej kontroli nad własnym dziełem. Dopiero w 2019 roku Mick Jagger i Keith Richards zrzekli się swoich udziałów w prawach do utworu. Ashcroft został oficjalnie uznany za autora kompozycji, a pieniądze z przyszłych tantiem mogły wreszcie trafiać do niego.
Ta decyzja nie wymazała wcześniejszych lat, ale zmieniła zakończenie historii. Bitter Sweet Symphony przestało być wyłącznie przykładem sukcesu z doczepionym prawnym ogonem. Stało się też przypomnieniem, że granica między inspiracją, samplingiem a naruszeniem praw bywa ustalana dopiero wtedy, gdy piosenka zaczyna przynosić poważne pieniądze.
The Verve nie nagrało utworu idealnego dlatego, że wygrało z przemysłem. Przeciwnie, przez długi czas przemysł pokazywał zespołowi, kto tu naprawdę trzyma klucze. A jednak słuchacze zapamiętali nie paragrafy, tylko marszujący rytm, smyczki i sylwetkę Ashcrofta idącego przez Londyn. Muzyka przetrwała negocjacje, umowy i korporacyjne polowanie na procenty. Jak zwykle, najlepszy refren nie potrzebował zgody działu prawnego.
Włącz Radio XVIBE na xvibe.pl i pozwól, żeby stare hity przypomniały ci, że nawet cudzy rachunek prawny może mieć świetny refren.
Napisane przez: Natan
22:00 - 23:00